Moje covidy dwa

 2020 podarował mi dwa razy covid. Popijając szampana w sylwestrową noc życzyłam sobie sukcesu wydawniczego pierwszej książki. Skrycie marzyłam, że będzie sprzedaż, będzie dodruk, będą spotkania autorskie. Nie sądziłam, że rok najbliższy zdominuje choroba. Jak wyglądała w skali świata - wie każdy. Jak przechodziłam ją ja - nikt. 

Mam wrażanie, że byłam jedną z pierwszych osób w Polsce, które dopadł wirus. Rozchorowaliśmy się rodzinnie, zaraz po powrocie z nart we Włoszech. Najpierw dzieci uskarżały się na okropny ból głowy, słabość, gorączkę, duszność i ciężar w klatce piersiowej. Najstarsza córka straciła węch i smak. Było to jeszcze zanim naukowcy poinformowali świat, że utrata zmysłów jest jednym z najbardziej charakterystycznych objawów covida. Po dzieciach przyszła kolej na mnie, a potem męża. Wirus zwalił mnie z nóg. Dojście do toalety było wyczynem. Gorączkowałam mocno przez 3 doby. Leki pomagały na 4 godziny, potem znów powrót dreszczy i bólu całego ciała. I bezsenność. Przez tydzień  (a może nawet trwało to 10 dni?) spałam po 3 godziny na dobę. Byłam zmęczona nieprawdopodobnie i równocześnie pobudzona umysłowo. Pamiętam, że całymi nocami słuchałam audiobooków i robiłam na drutach sweter. Wszystko to, by nie zwariować! 

Wyzdrowiałam. 

Po chorobie pamiętam zmęczenie, spadek nastroju, marazm. Objawy te zbiegły się w czasie z docierającymi do nas informacjami na temat choroby, z zamknięciem świata, jaki znamy, z maseczkami, izolacją społeczną, godzinami seniorskimi w sklepach i całym dobrodziejstwem pandemii. Dalsze opisy zdają się zbędne. Depresje zrzucałam na karb szokujących informacji płynących zewsząd. Kto by się nie czuł przybity w tej sytuacji?

Wakacje w Chorwacji uratowały moją psychikę. Potem był jeszcze produktywny wrzesień, gdy napisałam książkę, dokończyłam kolejną, zilustrowałam obie. To był dobry czas. 

I potem znów covid. Przyszedł podstępem, bo przecież spodziewałam się uodpornienia po marcowym spotkaniu z wirusem. A jednak! Drugi raz zachorowaliśmy na to samo. Dzieliła nas półroczna odporność, która z pierwszymi dniami października skończyła się. Myślałam, ot zwykłe przeziębienie, lekki katarek, żadnej gorączki. Przyznam się nawet do pewnej głupoty - pierwszego dnia choroby miałam zaplanowane wielkie sprzątanie domu, takie na 8 godzin, gruntowne, w praniem narzut, zasłon, myciem okien. I co? Na paracetamolu jechałam i na mopie przez cała sobotę. W końcu, to tylko katarek, prawda? Objawy po kilku dniach przeszły, ale pojawiło się coś nowego. Zupełny zanik węchu i smaku. Mogłabym dostać w szklance wodę z domestosem i... ją wypić. Nie czułam nic. Oczywiście nie dowierzałam temu i robiłam sobie testy: wąchałam wszystko, co mocno pachnie - kawę, perfumy, płyn do okien, przyprawę do piernika - sprawdzając, czy rzeczywiście straciłam węch. Tak, straciłam. Smak również, ale na moje szczęście już po tygodniu zaczął powoli wracać i czułam, co jem. Zanik zmysłów był doświadczeniem jedynym w swoim rodzaju. I jak to ja - cieszę się, że go doświadczyłam. Po tygodniu od kataru i po zupełnym "wyzdrowieniu" pojawiły się u mnie duszności. Uczucie, z doświadczenia którego nie cieszę się wcale. Bo było przerażające. Wyraźnie czułam, że moje płuca nie są tak pojemne, jak kiedyś, że nie dają rady mnie dotlenić, a po godzinie szesnastej nie mogę opanować przeciągłego ziewania co kilka minut, które jest przecież objawem niedotlenienia mózgu. Pomagały spacery do lasu. Ale powiem szczerze: pomagały tylko trochę. Ataki duszności przeszły po kilku dniach, by znów powrócić po paru tygodniach. I znów po kolejnych tygodniach. Wszystko to opisuję jako powikłania po covidzie, bo pojawiło się, gdy byłam już "zdrowa". Choroba zostawiła po sobie jeszcze inne, mniej oczywiste objawy. Takie, z którymi można żyć i które przy odpowiednio zakłamanym względem siebie samej trybie życia można by było zignorować. Mam na myśli zmęczenie, przygnębienie, depresję, zanik chęci życia, energii życiowej, radości. To też drętwienie kończyn. I jakaś taka ociężałość umysłowa, trudność w przekuwaniu myśli w czyny. Odczuwałam przez kilka tygodni okropny strach przed prowadzeniem samochodu. Bałam się pojechać po zakupy, nie czułam auta, miałam wrażenie, że się rozbiję po drodze...

Spisuję tutaj tylko swoje doświadczenia z choroby, bo u reszty osób z rodziny przebieg choroby był niemalże bezobjawowy, a powikłania znikome.

Dwa covidy. Każdy inny. Za każdym razem w głowie myśl: eee, to nie to, to nie może być to...

Skąd to zwątpienie? Zaprzeczenie? Niedowierzanie? 

Ciężko jest się pozbierać po chorobie. Najgorsze obecnie jest zmęczenie i depresja. Ten brak wiary w to, że będzie dobrze. Nie tylko na świecie, ale też u mnie, w moim małym świecie, gdzie marzenia i  pragnienia zderzają się z możliwościami. A raczej ich brakiem. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Czy w ogóle zaczynać?